Opowieści podwodne

Podczas nurkowego pobytu w Egipcie razem z przyjaciółką postanowiliśmy wybrać się na podwodną przygodę, czyli rejs statkiem na nurkowanie w podwodnym parku narodowym Ras Mohammed na Morzu Czerwonym. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że nasz apetyt na przygodę będzie zaspokojony aż za bardzo.

Schodziliśmy pod wodę w grupach po dziesięciu. Ponieważ trochę bujało, jak to na morzu, moja przyjaciółka poczuła się słabo i postanowiła odczekać trochę aby zejść na dół jak najpóźniej. Niestety w kolejce do dania nura było wiele osób, oczekiwanie trwało długo a na koniec okazało się, że w ostatniej grupie nie ma dla niej miejsca. Tak doczekaliśmy do przerwy obiadowej. Ponieważ Ania była bardzo zawiedziona poruszyliśmy sprawę z naszym egipskim instruktorem-przewodnikiem.

Po chwili rozmowy obiecał, że w czasie przerwy na obiad zanurkuje jeszcze raz tylko z nią. Niestety, warunki pogodowe zaczęły się wyraźnie pogarszać. Zaczęło mocniej wiać, pojawiły się dość spore fale, niebo zachmurzyło się. Podjąłem decyzję, że zanurkuję powtórnie razem z nimi. Ponieważ cumowaliśmy dokładnie nad Thistlegormem trzeba było opaść pionowo w dół aby znaleźć się na pokładzie podwodnego wraku. Tak też we troje uczyniliśmy. Pod wodą okazało się, że widoczność uległa znacznemu pogorszeniu. Instruktor dał nam jednak znak, że nie ma problemu. Po prostu opadniemy na dno na czuja. Mogliśmy mu w pełni zaufać. Przecież nurkował w tym miejscu od lat kilka razy w tygodniu.

Nurkujemy…

Po kilku minutach byliśmy już na głębokości 30 metrów, ale… po wraku nie było nawet śladu. Przewodnik pokazał nam jednak uspokajające znaki. Uważał, że prawdopodobnie zniosło nas trochę w bok i łatwo odnajdziemy cel zataczając koła nad dnem. W końcu nie mogliśmy być daleko od wraku.

Zataczaliśmy te koła i zataczaliśmy, a statku jak nie było tak nie było. Spojrzałem na zegarek. Od momentu zanurzenia minęło już 15 minut. Pokazałem na migi moje wątpliwości przewodnikowi. Odpowiedział znakami, że jeszcze chwilę poszukamy. Wreszcie po kilku następnych minutach dał za wygraną. Pokazał: „wynurzamy się”. Tak też zrobiliśmy. Na powierzchni czekała nas kolejna niespodzianka. Wiał silny wiatr, duże fale sprawiły, że nie mogliśmy podpłynąć do siebie blisko. Zanim udało nam się stworzyć zwartą grupę minęło kilka chwil. W tym momencie okazało się, że nasz statek na którym za chwilę mieliśmy jeść obiad też zniknął. To znaczy, nie mogliśmy go zlokalizować. Poczułem się trochę nieswojo, ponieważ w okolicy nie tylko nie było naszej jednostki. Nie było też żadnej innej! Moje uczucie wzmogło się kiedy zobaczyłem, że przewodnik rozgląda się wkoło z miną kompletnie zagubionego. Wreszcie po dłuższej chwili kręcenia się w koło nasz egipski nurkowy guru krzyknął: „Jest! Tam jest!”. Wskazał palcem na statek, który z tej odległości wyglądał niemal jak… pudełko zapałek.

Takie rzeczy mogą się zdarzyć podczas nurkowania na morzu. Po prostu zniósł nas bardzo silny podwodny prąd. Na takie wypadki nurkowie mają odpowiedni sprzęt. Tym sprzętem jest np. tzw. boja ratunkowa. Jest to długa na 2-3 metry jakby tuba z materiału w bardzo jaskrawym kolorze. W razie zagrożenia napełnia sieją powietrzem z butli. Napompowana wystaje pionowo ponad fale. Widać ją z daleka. Jest to znak dla wszystkich okolicznych jednostek: „nurek potrzebuje pomocy”.

„To co, strzelamy boję?!” – powiedziałem do naszego nurka-przewodnika oceniając położenie. Ten jednak zaczął się ociągać, rozglądać, robić dziwne miny i ogólnie zachowywać się dziwnie i zupełnie nieadekwatnie do sytuacji. Pomyślałem, że może jako dive master wstydzi się wzywać pomocy. Nie widziałem jednak innego wyjścia z sytuacji. Zacząłem naciskać:
– Strzelaj tę boję, na co czekasz, masz boję ratunkową?
– Mam, jasne, że mam – padła szybka odpowiedź.
– No to strzelaj, szkoda każdej sekundy!
– Mam boję, ale… zostawiłem ją w hotelu.

No to klops, pomyślałem i jak najspokojniej potrafiłem na wymuszonym luzie i z radosnym uśmiechem (aby nie wzbudzić paniki), zwróciłem się do jedynej kobiety w naszym towarzystwie:
– Aniu, proszę, wyjmij teraz automat z ust i zacznij oddychać przez rurkę.
Natychmiast spełniła prośbę, ale zapytała: „dlaczego?”
– Ponieważ powietrze w butli może nam być jeszcze potrzebne.
Wtedy w oczach dziewczyny po raz pierwszy zobaczyłem lęk.

Byłem wkurzony, byłem głodny, przepadł mi obiad, nie mieliśmy ze sobą żadnych kanapek i do tego niósł nas morski prąd nie wiadomo dokąd. Po krótkiej wymianie zdań z egipskim nurkiem doszliśmy do wniosku, że nie ma innego wyjścia. Musimy tak dryfować i czekać aż coś się stanie. Ponieważ jestem z natury optymistą, a liczne przygody w różnych częściach świata nauczyły mnie, że w każdej sytuacji, nawet najgorszej trzeba szukać jakiejś dobrej strony doszedłem do wniosku, że znalazłem pozytywny aspekt naszego położenia. Wiatr znosił nas w kierunku Kanału Sueskiego, a to jest jedna z najbardziej uczęszczanych tras żeglownych na świecie. Prędzej czy później będzie płynął tędy jakiś statek i będziemy uratowani. Tym przemyśleniem podzieliłem się z egipskim towarzyszem niedoli. Ten jednak natychmiast sprowadził mnie na ziemię a właściwie na powierzchnię wody, odpowiadając:
– Tak, jeżeli taki tankowiec albo masowiec zauważy trzy główki pomiędzy falami. Bo jak nie zauważy, co jest najbardziej prawdopodobne, to po prostu nas rozjedzie. Jedyne co będziemy mogli wtedy zrobić to zanurzyć się szybko aby być pod statkiem, jeżeli oczywiście zdążymy zanim potnie nas śruba.

W ten oto sposób zostałem drastycznie pozbawiony wszelkich nadziei i złudzeń. Czas mijał a my dryfowaliśmy sobie we trójkę w Morzu Czerwonym trzymając się za ręce lub za części ekwipunku, który mieliśmy na sobie. Tak dla odmiany. Nie było nam zimno. Morze jest ciepłe, a poza tym mieliśmy na sobie dość grube pianki nurkowe. Mogliśmy tak dryfować jeszcze wiele godzin. Nie rozmawialiśmy ze sobą, wiał silny wiatr i co chwilę każde z nas obrywało falą morską prosto w twarz. Założyliśmy maski nurkowe, rurki wetknęliśmy do ust i czekaliśmy na lepsze czasy. Tak minęło około godziny.

Czas spędzony na bezsensownym bujaniu się na falach dłuży się niemiłosiernie. Zwłaszcza w takiej mało komfortowej sytuacji. Co kilka godzin człowiek patrzy na zegarek i okazuje się, że minęło dopiero dziesięć minut.

Wreszcie oczekiwany przez nas cud nastąpił. Najpierw usłyszeliśmy zawodzenie małego kilkukonnego silnika, a po kilku chwilach zobaczyliśmy zbliżający się w naszym kierunku ponton. Zaczęliśmy machać rękami i załoga zauważyła nas. Ponton wziął kurs prosto na naszą zagubioną trójkę. Okazało się, że ratunek został wysłany z naszej macierzystej jednostki. Po obiedzie i odpoczynku koledzy naszego dive mastera zaczęli się dziwić, że nie zjawił się na posiłku, ani później. Zaczęli szukać, pytać kto go widział. I tak po nitce do kłębka doszli do tego, że poszedł nurkować z dwojgiem białasów. Bez trudu domyślili się, co się mogło stać i wysłali ponton w kierunku z wiatrem.

Kiedy Egipcjanin zobaczył znajome facjaty podpływające w pontonie roześmiał się od ucha do ucha i stwierdził, iż cały czas wiedział, że Allach nas nie opuści. Ale już po chwili okazało się, że Allach jeszcze będzie nam potrzebny.

Ponton był mały, a fale na morzu duże. Do tego linka, która normalnie opasuje ponton i służy do tego aby się jej chwycić była zerwana. Zaczęliśmy powtarzać wielokrotnie tę samą scenę. Ponton podpływał do nas blisko, po czym fala rzucała nas o gumową napompowaną burtę, od której odbijaliśmy się jak piłeczki kauczukowe. Wreszcie udało nam się uczepić pontonu, ale tak nim miotało na falach, że nie mogliśmy się na niego wdrapać. Egipcjanie krzyczeli coś do siebie i do nas, ale niestety tylko po arabsku. Wreszcie nasz przewodnik przetłumaczył abyśmy zdjęli płetwy i wrzucili je do pontonu. Bez płetw łatwiej będzie nam się wciągnąć na pokład. Tak też zrobiliśmy. Ale ten manewr nie do końca okazał się dla nas dobry.

Kiedy Ania była już bez płetw jeden z załogantów złapał dziewczynę za kamizelkę wypełnioną powietrzem do której przytwierdzona jest butla i zaczął tę kamizelkę odpinać. Od razu zauważyła, że stwarza dla niej śmiertelne zagrożenie. Zaczęła krzyczeć: „Nie zdejmuj mi jacketu, mam na sobie pas balastowy”.  Ale już było za późno. Marynarz ściągnął z niej kamizelkę tak zręcznie i szybko jak ściąga się folię z gorącej parówki. Powiedział przy tym z uśmiechem: „Sorry lady I don’t speak English.”

Ponieważ została w wodzie bez płetw i kamizelki a miała na sobie pas balastowy, na którym spoczywało kilka kilogramów ołowiu poszła pod wodę jak kamień. Byłem tuż obok i dosłownie w ostatniej chwili udało mi się złapać ją za ramię. Trzymałem mocno, niestety, ołowiu było zbyt dużo, a nasza wyporność za mała, poczułem, że pogrążamy się w toń razem. Oczywiście w zamieszaniu nie mogłem znaleźć inflatora aby dopuścić powietrza do mojej kamizelki.

W tym momencie jakaś niewidzialna siła uchwyciła mnie gdzieś z tyłu. Był to jak się po chwili okazało nie sam Allach tylko Ali, nasz egipski nurek-wybawca. Zdążył właśnie dostać się na ponton i w ostatniej chwili zobaczył całe zdarzenie. Kiedy już nas oboje wciągnęli na pokład i doszliśmy jako tako do siebie ponownie stwierdził z uśmiechem, że Allach nas nie opuścił.
– O nie stary – odpaliłem – tym razem interweniował nasz osobisty Anioł Stróż.

Po powrocie na statek zostaliśmy bohaterami dnia. Każdy chciał z nami porozmawiać. Ludzie dopytywali się jak to się stało, jak się czujemy, czy się baliśmy, co byśmy zrobili gdyby nas nie odnaleźli itd., itp.

My tymczasem byliśmy zachwyceni. Zachwyceni tym, że najbliższy wieczór i noc spędzimy na lądzie w hotelu, a nie na falach Morza Czerwonego. Dziś, kiedy minęło już trochę czasu od tamtej przygody wspominamy to zdarzenie z uśmiechem i rozbawieniem. W końcu wszystko dobre, co się dobrze kończy.

autor: Artur Kołpak

Podziel się naszym tekstem!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Zostaw komentarz

Zostaw komentarz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *