Rzeką przez Amazonię

Już sama łódź, na której miałem udać się w głąb dziewiczych lasów Amazonii budziła moje wątpliwości. Była to jednostka transportowa zwana szumnie „Cargo” jako, że służyła do przewożenia wszelkich towarów w niedostępne rejony selwy (wilgotny las równikowy). Wprawdzie jej konstrukcja była dosyć solidna. Napęd stanowił osiemdziesięciokonny zaburtowy silnik Johnson’a. Jednak kiedy zobaczyłem, jakie ilości sprzętu i towarów mają się w niej zmieścić trochę nie dowierzałem, że jest to możliwe. Pakowanie trwało całą noc. Załoga składała się z dwóch ludzi: sternika usadowionego przy silniku na rufie oraz szlakowego podającego kierunek na dziobie. Wypłynęliśmy o świcie. Jednostka zawalona po brzegi workami z cementem, solą, żywnością oraz beczkami z benzyną sprawiała wrażenie, że za chwilę pójdzie na dno.

Sytuacja kryzysowa 

Pierwsze kilkanaście kilometrów przepłynęliśmy jednak bez większości problemów. Wprawdzie napotkaliśmy po drodze kilka bystrzy, mielizn i na wpół zatopionych drzew, ale te przeszkody udało się pokonać w miarę bezpiecznie. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że w nocy w górach spadł deszcz. Dopiero przed południem zauważyliśmy, iż rzeka staje się coraz bardziej agresywna. Nurt był coraz szybszy, woda stawała się bardziej, jej kolor zmieniał się z ciemnozielonego na brunatnoszary. Z otaczających nas po obu stronach gór spływały z hukiem mniejsze i większe strumienie zasilając coraz to bardziej rwącą rzekę. Ciężka wyładowana po brzegi łódź nabierała szybkości. Na podejmowanie decyzji, którędy omijać przeszkody wodne i którym nurtem płynąć nie było czasu. Zaczęło nieprzyjemnie kołysać na boki. Nie miałem ochoty na kąpiel w tych odmętach. Opuściłem więc moje miejsce pod zadaszeniem przeznaczone dla pasażerów i przeniosłem się na przedni pokład. Inni odwrotnie, woleli schować się w kadłubie i nie patrzeć na to, co się będzie działo. Każdy miał swój sposób przeżycia sytuacji kryzysowej. Zabrałem ze sobą plecak z aparatami fotograficznymi. Siedząc na dziobie kalkulowałem, czy w razie kraksy być może uda mi się uratować nie tylko życie, ale też aparaty i zrobione już filmy. Poziom adrenaliny rósł z minuty na minutę – wprost proporcjonalnie do prędkości łodzi. Wreszcie po prawej stronie rzeki ukazała się wielka piaszczysta łacha, a tuż za nią zatoka wcinająca się głęboko w brzeg. Sternik wykonał zręczny manewr i już po chwili staliśmy w zatoce osłonięci przed wartkim nurtem.

Pongo, czyli kłopoty

Prawie wszyscy wyszli na piach. Sternik i szlakowy zaczęli się naradzać, a następnie sprzeczać. Pierwszy sugerował, aby płynąć dalej do miejsca, gdzie rzeka uwalnia się z wąskiej, górskiej doliny i szeroko rozlewa na równinie. Tam jej bieg staje się wolniejszy. Drugi wolał przeczekać w zatoce do następnego dnia aż masy spiętrzonej wody spłyną w dół rzeki. Pasażerowie podzielili się na popleczników jednej bądź drugiej strony. Jako że nie miałem bladego pojęcia o rzekach Amazonii po prostu milczałem. Zresztą i tak nikt mnie nie pytał o zdanie. Wreszcie po burzliwej dyskusji zapadła decyzja – płyniemy. W ciągu kilku minut zapakowaliśmy się wszyscy na nasz „statek” i ruszyliśmy.

Wartki prąd porwał nas natychmiast po wyjściu z zatoki. Z biegiem kilometrów na ustach moich zatroskanych towarzyszy podróży zajął się pojawiać nowy wyraz wypowiadany z trwogą – pongo. To tajemnicze słowo to po prostu skalna cieśnina. Płynąca górskim wąwozem rzeka, mająca kilkadziesiąt metrów szerokości, jest zmuszana nagle zmieścić się w przewężeniu. Jego szerokość ogranicza się raptownie do kilkunastu, a czasem nawet kilku metrów. Skalny korytarz, który mieliśmy przepłynąć miał ponad kilometr długości. Po bokach strome wysokie ściany. Nie ma dokąd uciekać. A poziom wody był bardzo wysoki. Nie mogłem sobie wyobrazić jak ten żywioł zmieści się w wąskim skalnym gardle. Moi współpasażerowie rozmawiali o tym, że zawirowania, jakie powstają w cieśninie przy podwyższonym stanie wody wywróciły już niejedną łódź.

Potęga żywiołu

Kiedy byliśmy już blisko usadowiłem się na dziobie z przygotowanym do strzału aparatem fotograficznym. Gdy szlakowy zobaczył co wyrabiam, spojrzał na mnie z niedowierzaniem i popukał się znacząco w czoło. Miał rację jak się chwilę później okazało. Nagle łódź wpadła w taką kipiel, że nie wiedziałem w pierwszej chwili co się stało. Łajbą miotało od jednej ściany do drugiej. Poprzez huk wody słychać było tylko krzyki i przekleństwa to sternika, to znów szlakowego. Nagle zobaczyłem, że tuż obok prawej burty utworzył się lej wodny, w którym z łatwością zmieściłoby się nawet kilku ludzi jednocześnie. Wir spokojnie przesuwał się wzdłuż łodzi do przodu aż napotkał unoszący się na wodzie około dwumetrowy kawał pnia. Wessał go natychmiast. Po kilku sekundach pień został wyrzucony z wody wprost na pobliską skałę. Stało się to z taką siłą, że posypały się z niego drzazgi. Kiedy wypłynęliśmy wreszcie z cieśniny na szeroko rozlewającą się rzekę wciąż jeszcze siedziałem kurczowo uczepiony prawej burty. Myśl o robieniu zdjęć jakoś zupełnie wywietrzała mi z głowy.

Na mieliźnie

Dalsza podróż była łatwa. Płynęliśmy spokojną, w miarę, rzeką. Na jej brzegach pojawiali się poszukiwacze złota lub baraszkujące na tratwach z balsy indiańskie dzieci. Okazało się, że to nie koniec przygód. Omijając zatopione w wodzie drzewa szlakowy źle ocenił bieg głównego nurtu i całym impetem przeładowanej i rozpędzonej łodzi osiedliśmy na mieliźnie. Był to sam środek rzeki. Kiedy wszelkie próby zepchnięcia za pomocą silnika odniosły fiasko., zarówno załoga jak i pasażerowie zmuszeni byli wejść do wody. Obawiając się osławionych krwiożerczych piranii oraz kajmanów wszedłem do wody tak jak stałem, w spodniach i butach. Jak gdyby mogło to cokolwiek zmienić. W każdym razie chociaż psychicznie czułem się zabezpieczony. Na nic jednak zdały się nasze wysiłki. Pomimo naporu siły mięśni kilkunastu chłopa łajba ani drgnęła. Nie wiedzieliśmy co dalej robić. I wtedy ujrzeliśmy przepływającą nieopodal dużą motorówkę. Zaczęliśmy wzywać pomocy. Podpłynęli, rzucili nam hol. Jednak motorówka okazała się za lekka, aby ściągnąć nas z mielizny. Po kilku nieudanych próbach zwinęli linę i popłynęli dalej zostawiając nas na pastwę losu. Było późne popołudnie, słońce chyliło się ku zachodowi.

Worek soli

Kiedy niebo zaczynało już szarzeć z beznadziejnej, jakby się mogło wydawać sytuacji, wybawili nas… Indianie. Pojawili się nagle. Tuż przy naszej łodzi. Było ich dwóch. Nikt z nas nie zauważył skąd przypłynęli w swych canoe. Rozpoczęła się narada. Po kilkunastu minutach na rzece pojawiła się następna dłubanka. Wiosłował w niej Indianin z żoną i córką. Podpłynęli do nas na odległość kilkunastu metrów. Krajowcy wymienili kilka szybkich zdań w swym narzeczu. Nowoprzybyły zawrócił do brzegu. Wysadził rodzinę i za chwilę był już z powrotem. Indianie byli bardzo ostrożni. Z ich zachowania można było wywnioskować, że kontakt z obcymi był dla nich niejednokrotnie przyczyną kłopotów. Wreszcie ustaliliśmy metodę działania. Trzeba było wyładować część bagażu. Nasi wybawcy układali po dwa a nawet trzy worki na swoich pływających „łupinkach” i wywozili na brzeg. Kiedy jedna trzecia ładunku opuściła łódź, udało nam się wreszcie zepchnąć ją na wodę. Byliśmy uratowani. Za udzieloną nam pomoc zapłaciliśmy Indianom workiem soli. Podziękowali i natychmiast oddalili się w ciemność. Przycumowaliśmy naszą łajbę do brzegu i postanowiliśmy przeczekać do świtu.

Epilog

I tak oto pierwszą w moim życiu noc w amazońskiej dżungli spędziliśmy śpiąc w ubraniu na piaszczystej plaży tuż nad brzegiem rzeki Marańon. Dwadzieścia metrów dalej rozpoczynała się wielka nieprzebyta tropikalna selwa. Nieźle się zaczyna – pomyślałem – zasypiając półprzytomny ze zmęczenia z duszą na ramieniu.

autor: Artur Kołpak   

Podziel się naszym tekstem!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Zostaw komentarz

Zostaw komentarz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *