Połowy w Amazonii

Wybierając się do Ameryki Południowej spodziewałem się wielu atrakcji. Jedną z nich miało być łowienie ryb w rzekach Amazonii. Przede wszystkim okrytych złą sławą piranii. Szybko jednak okazało się, że złowienie ładnej, dorodnej piranii wcale nie jest przedsięwzięciem prostym. Wprawdzie biura turystyczne w Quito, stolicy Ekwadoru proponują turystom całą gamę wycieczek do lasów deszczowych, w których programie przewidują łowienie tych sławnych drapieżników, przeważnie jednak są to oferty mocno przereklamowane.

Problem polega na tym, że duże piranie można złowić tylko w głębokiej selvie – tak nazywa się las tropikalny w tej części świata. Wiąże się to z wysokimi kosztami transportu lub sporą stratą czasu. Z tego powodu organizatorzy wypraw przygotowują wyjazdy jak najbliżej, do spreparowanych dla turystów ośrodków, ale tam można złapać jedynie drobnicę. Dla mnie to jednak za mało i za nudno.

Postanowiłem jechać w dżunglę na własną rękę. Wertowałem przewodniki, analizowałem mapy, zasięgałem porady w biurach podróży i u moich ekwadorskich przyjaciół. Każdy z osobna oraz wszyscy razem próbowali odwieźć mnie od pomysłu pojechania samotnie do lasów tropikalnych. Na próżno. Po kilkudniowych, intensywnych przygotowaniach kupiłem bilet autobusowy w kierunku – jak najdalej, byle w stronę dżungli. Podróż trwała dokładnie dwadzieścia cztery godziny z pięcioma przesiadkami do różnych środków lokomocji i była naprawdę ekscytująca. Jechałem przez na wpół zerwane mosty w górach, przez tunele częściowo zalane wodą oraz górskie strumienie rwące w poprzek drogi. Kiedy dotarłem do celu, koczowiska bez prądu i wody zamieszkanego przez sezonowych drwali byłem półprzytomny ze zmęczenia. Dalej drogi już nie było. Wynająłem konie pod wierzch i przewodnika. Zaczęliśmy przedzierać się lasem w kierunku rzeki. Miała się tam znajdować mała indiańska wioska.

Indianie okazali się bardzo nieufni wobec obcego. Kazali nam od razu wynosić się z ich siedziby. Pomógł mi przypadek. Podczas rozmowy ktoś przypadkowo napomknął, że jedno z indiańskich dzieci gorączkuje. Skorzystałem z mojej podręcznej apteczki. Teraz musiałem zostać. Wśród Indian zwyczaj jest taki: jeżeli chory wyzdrowieje lub przynajmniej poczuje się lepiej, uzyskam pełną akceptację i szacunek. Jeśli jednak pacjent umarłby w ciągu doby uznano by mnie za złego czarownika i zostałbym zabity. Zostałem, więc jako zakładnik. Mój przewodnik szybko skasował należność, zabrał konie i odjechał. Tak na wszelki wypadek. Mnie czekała pełna napięcia noc. Martwiłem się o chore dziecko nie mniej niż jego matka. Następnego ranka okazało się, że gorączka opadła a mały pacjent zaczął brykać w hamaku. Zostałem zaakceptowany i uznany za przyjaciela. Indianie to ludzie honorowi, chcieli się jakoś zrewanżować. Ustaliliśmy, że zabiorą mnie na polowanie i na ryby.

Byłem bardzo podekscytowany wyprawą na połów piranii. Czułem, że moje marzenia wreszcie się zrealizują. Wraz z indiańskim przewodnikiem wsiedliśmy do mocno już wysłużonego małego canoe (dłubanki z pnia drzewa) i ruszyliśmy z prądem rzeki. Zatrzymaliśmy się we wskazanej przez niego zatoce. Zacumowaliśmy do wystającego z wody kawałka pnia. Za przynętę miały nam służyć wnętrzności i krew specjalnie na tę okazję zabitego koguta.

Tubylcy nie używają wędek. Łowią na żyłkę z haczykiem trzymaną w ręku i to bez spławika. Na większe sztuki polują za pomocą specjalnego harpuna, którym celuje się znad powierzchni wody w upatrzoną zdobycz.

Połów harpunem jest niezwykle trudna i wymaga dużego doświadczenia. Pomimo wielokrotnych prób nie udało mi się upolować tą techniką nawet jednej ryby. Za to moja niezdarność wzbudzała ogólną wesołość całej wioski, trzymali się za brzuchy ze śmiechu obserwując moje nieudolne próby. Nawet dzieci były lepsze niż ja w celowaniu do ryb.

Indianin wrzucił do rzeki garść krwawych wnętrzności. Smugi krwi zaczęły rozchodzić się w wodzie, wokół czółna. Jednak przynętą na haczyku nic się nie interesowało. Czekałem tak kilka minut w napięciu trzymając żyłkę w palcach. Wreszcie spojrzałem pytającym wzrokiem na mojego towarzysza wędkarskiej wyprawy. Przewodnik uśmiechał się pod nosem wyrzucając za burt następną porcję krwawych kawałków. Wyraz jego twarzy mógłbym opisać jednym zdaniem „spokojnie napaleńcu”. Tak minęło jeszcze kilkanaście minut.

Nagle branie. Właściwie to bardziej agresywne szarpnięcie. Żyłka wpiła mi się w rękę aż do bólu. Nie puściłem. Wytrzymałem ból i powoli zacząłem holować. Czułem, że na drugim końcu żyłki siedzi coś „cholernie wściekłego”. Linka cięła wodę to w jedną to w drugą stronę. Wybierałem powoli, centymetr za centymetrem. Wiedziałem, że już za moment zobaczę kształt ryby pod powierzchnią. Nagle żyłka napięła się bardzo mocno, po czym zwiotczała. Przegryzła?! – pomyślałem. Wtedy przypomniałem sobie, że nie zabrałem z obozu metalowych przyponów. No nie! Tyle starań, niewygód, ryzyka i miałbym nie złowić wymarzonej piranii z powodu braku głupiego przyponu?

Rozpaczliwie zacząłem szukać w podręcznym plecaku kawałka drutu lub czegoś, co mogłoby zastąpić brakujący sprzęt. Wreszcie wpadłem na pomysł. Spiąłem ze sobą trzy agrafki i do ostatniej przywiązałem koniec żyłki. Zajęło to trochę czasu. Kiedy spojrzałem za burtę zobaczyłem, że wokół canoe tuż pod powierzchnią wody piranie uwijały się jak szalone. Mój kompan ściągnął całą ławicę! Aż strach pomyśleć, co by się z nami stało gdyby ta łupinka się wywróciła. Ale nie miałem czasu myśleć o takich rzeczach. Założyłem kolejną przynętę na haczyk i wyrzuciłem tuż za burtę. Branie było natychmiastowe. Zaciąłem mocno. Ryba pięknie walczyła, ale już po kilkunastu sekundach była na dnie łodzi. Tym razem punkt dla mnie. Była piękna, miała około czterdziestu centymetrów długości. Jej mokra łuska opalizowała wspaniale w promieniach słońca. Po chwili miałem już następną, nieco mniejszą. Brały jedna za drugą. Zapomniałem o całym świecie. Nagle mój indiański przyjaciel trącił mnie w ramię. Pora było wracać. Mieliśmy jeszcze do pokonania około kilometra rzeki pod prąd i to tylko za pomocą wioseł.

Na miejsce dopłynęliśmy tuż przed zachodem słońca. Dno łodzi zasłane było naszym połowem. Młoda Indianka od razu, na brzegu rzeki zaczęła oprawiać zdobycz. Na kolację jedliśmy piranie z rusztu. Miały trochę ości, ale mięso bardzo smaczne. Przy ognisku opowiadałem o połowach. Gestykulując żywo odtwarzałem to, co się nam przytrafiło w ciągu dnia. Scena jak w filmie „Tańczący z wilkami” – pomyślałem. Indianie śmiali się serdecznie z mojego podekscytowania. Dla nich to codzienność. Kto by się tam podniecał łowieniem piranii. Kolejnego dnia popłyniemy do miejsca gdzie biorą sumy. Następnie polowanie na małpy wełniste.

Niesamowita jest ta Amazonia – myślałem. A to były przecież dopiero pierwsze dni mojej wyprawy.

autor: Artur Kołpak

Podziel się naszym tekstem!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest

Zostaw komentarz

Zostaw komentarz!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *